piątek, 23 października 2009

Dom dla zmyślonych przyjaciół pani Foster - sezon 1

Uff, dłuższego tytułu nie dało się już wymyślić.

Człowiek dorasta, nabiera doświadczenia, zaczyna zwracać uwagę na nieścisłości i drobne detale. Zauważa, ile błędów roi się w jego ulubionych dobranockach, wstydzi się, że kiedyś się dobrze bawił o godzinie 19 przed tym telewizyjnym pudłem. Albo wręcz odwrotnie - z sentymentem wspomina chwile z dzieciństwa, jednocześnie nie szczędzi krytyki na obecne seriale animowane. Mówi się przecież, że teraz się karmi dzieci totalnymi bzdetami (spektakle w stylu jeszcze bardziej odnowionego Kubusia Puchatka, o których słyszałem tyle złego, że nie zebrałem się na zweryfikowanie tych plotek), to nie to, co klasyka w postaci Smerfów, Gumisiów, etc... Sam miałem moment wahania, czy aby już nie jestem za stary na dwuwymiarowe eskapady wyobraźni, by odnaleźć coś wartościowego w tej masówce. No ale w końcu znalazłem rzecz dość świeżą, z chwytliwym pomysłem i znakomitym wykonaniem - i to na Cartoon Network, gdzie nadawanych kreskówek raczej bym nie polecał młodszym widzom. Prędzej starszym, ale ci czasu nie mają, no bo anime i studia.

Oto jest dom dla zmyślonych przyjaciół pani Foster, do którego pewnego dnia trafiają ośmioletni Mac oraz jego wyimaginowany przyjaciel Bloo. To olbrzymie schronisko jest przeznaczone dla wszystkich tych tworów dziecięcej wyobraźni, które w pewnym momencie dorastania swoich właścicieli muszą się z nimi rozstać - pod naporem rodziców czy też z własnej woli twórcy. W przypadku Maca i Blue chodzi o to pierwsze, bowiem łączy ich przyjaźń silniejsza niż naciski społeczeństwa. Dom Pani Foster chcą potraktować jako tymczasowe rozwiązanie problemu. Zdawałoby się, że teraz wszystko będzie w porządku, ale rozwiązanie jednej kwestii komplikuje następną - zmyślony przyjaciel, gdy przyjęty do Domu, nie może się już widywać z własnym twórcą. Ponadto w każdej chwili może zostać adoptowany...

Pilot to półtoragodzinny film podzielony na trzy odcinki, wprowadzający w klimat serialu powyższą historią. Nie zakończyłem pytaniem retorycznym w stylu: "Czy przyjaźń tych dwóch bohaterów w dalszym ciągu będzie tak silna" bla bla bla i tym podobne, bo wiadomo, że będzie - przecież serial musi mieć jakiś materiał. Nie umniejsza to jednak umiejętnie budowanego suspensu i nawarstwianiu intryg. I to nie tylko w pilocie - każdy odcinek to kumulujące się ładunki poszczególnych wątków, przeplatanych przyjemnymi dla oka i dynamicznymi animacjami oraz niezwykle wyważonym poczuciem humoru.

Można zatem powiedzieć, że głównym atutem Domu... nie jest aspekt fabularny, lecz wizualny - Craig McCracken ze swym wieloletnim doświadczeniem musiał wyżebrać niezłą kasę i zebrać niesamowitą ilość pokładów energii, bowiem już sam sezon pierwszy Domu... zjada wszystko, co do tej pory stworzył, to jest paręnaście odcinków Laboratorium Dextera i Atomówki. Zastosowana animacja flash została wykorzystana z całym jej dobrodziejstwem i przy jednoczesnym uniknięciu jej wad - postacie poruszają się płynnie i z gracją (szczególnie urzekła mnie giętkość Bloo i podskoki Herrimana), niekiedy ujęcia nabierają głębi poprzez szybką zmianę perspektywy. Z kolei kolorystyka, tak czasami przegięta w tego typu produkcjach, została potraktowana z ogromną dbałością; Jedynie postacie mają intensywne kolory, tła zaś i pozostałe elementy przestrzeni są dość znacznie jaśniejsze i ujednolicone na przestrzeni jednego kadru. Wszelakie eksperymenty ze stylistyką (głównie w odcinku "Bloooo", ale i w pozostałych też się coś znajdzie), chociaż zupełnie odmienne od wypracowanego standardu, są strzałem w dziesiątkę. Do całośći dopasowana jest świetna muzyka w stylistyce ragtime'u w wykonaniu Jamesa L. Venable. Opening jest chwytliwy i przyciąga uwagę wzrokowo-słuchową. Naturalnie motywy są zróżnicowane; gdzieniegdzie rozbrzmi cięższy metalowy riff (motyw brata Maca), pitu-pitu solóweczka (jednorożce...), czy przemodelowane motywy, np. z Benny Hilla. W ten oto sposób obraz i dźwięk splatają się i tworzą niepowtarzalny klimat, który przyciąga uwagę, bawi, wychowuje i zarąbisty jest.

Chociaż napisałem, że fabuła odgrywa drugorzędną rolę, to jednak scenariusze oraz wcielanie ich poprzez reżyserię jest równie dopracowane, co forma. W 22 minutowym odcinku wprowadza się najpierw jeden motyw, który w miarę upływu czasu nabiera rozpędu coraz to bardziej komplikowanymi wątkami. Postacie stają wobec pewnej sytuacji i próbują się do niej po swojemu dostosować, wpadając w nieustanne konflikty, gagi, przygody. Przygotowana przez twórców czołowa galeria postaci potrafi rozbawić - każdy ma swoje charakterystyczne cechy, reprezentuje zupełnie inny rodzaj zalet czy wad. Są jednocześnie na tyle dynamiczni, że co i rusz, w konfrontacji z pozostałymi, ujawniają jakieś nowe cechy czy poglądy. Odcinki nie są kwintowane jakimś górnolotnym morałem, ale daleko ich wymowie do prostoty czy czarnego humoru, jaki dominuje w pozostałych animacjach Cartoon Network (nie wszystkich, oczywiście). Najmocniej jest ukazana wartość przyjaźni, ale tuż obok niej przewijają się inne problemy - trudy dorastania, brak równowagi między obowiązkami a dobrą zabawą, tolerancja... Co próbuję powiedzieć, to że nie dostrzegłem jakichś diabielsko-satanistyczno-dekadenckich treści, które mogłyby zaszkodzić małym latoroślom, a wręcz przeciwnie - otrzymują godziwą rozrywkę z nienachalnym walorem edukacyjnym.

Jako względnie dorosły osobnik bawiłem się znakomicie, wyłapując odniesienia w cytatach czy motywach. Bawiłbym się nawet bez nich, rozkoszując się niezliczoną ilością gier słownych nieprzetłumaczalnych na język polski (po obejrzeniu oryginału boję się zapoznać z wersją zdubbingowaną...). Jakbym już w ogóle nie rozumiał po angielsku, pozostałoby jeszcze mnóstwo wizualnych, slap-stickowych gagów. Jeśli już były jakieś słabsze momenty, to zwykle same postacie to zauważały i następowało takie małe przerwanie wątku na krótkie przedyskutowanie sprawy. Przykład, że można skonstruować komizm bez korzystania z wulgaryzmów lub przesadnej liczby odniesień, za to z odpowiednim dystansem.


Czy show ma jakieś wady? Właściwie nie rzuciło mi się nic, co by mnie miało zniechęcić do dalszego oglądania. Wiadomo, że odcinek odcinkowi nierówny, więc są odcinki lepsze i gorsze. Gdyby jednak inne seriale animowane były chociaż w połowie tak dobre, jak te "gorsze" odcinki, to może by człowiek jeszcze uwierzył w sens wiecznego bycia dzieckiem.

Ocena: Tak

niedziela, 23 sierpnia 2009

What's Opera, Doc?

Swoje recenzje animacji pragnąłbym zacząć od krótkometrażowej formy Chuck Jonesa, uważanej po dzień dzisiejszy za najlepsze osiągnięcie w tej dziedzinie. Jest to typowa wariacja konfliktu Elmera Fudda z królikiem Bugsem osadzona w realiach... opery wagnerowskiej. Konkretnie fuzji Der Ring Des Nibelungen i Tanhäusera, ale znajomość tychże nie jest wymagana, żeby móc się rozkoszować tym siedmiominutowym cudeńkiem.

Styl Chucka Jonesa jest niezwykle charakterystyczny i niezależnie, czy obracał się w uniwersum Merrie Melodies czy Toma i Jerryego, można go łatwo rozpoznać po tej lekko kanciastej, acz dynamicznej kresce. Nie wszystkie są oczywiście tak udane, jak recenzowana przeze mnie Opera, ale niektóre z nich również zasługują na uwagę. Co próbuję przez to powiedzieć, to że warto zapoznać się z twórczością tego twórcy.

Zacznijmy od muzyki. Jest charakterystyczne dla filmów animowanych tego okresu sięganie po muzykę klasyczną, a i niejednokrotnie się zdarzało, że fabuła jest przez tę muzykę napędzana (Rabbit of Seville, The Band Concert, The Cat Concerto, etc.). Śpiewane "arie" przez Elmera Fudda i Bugsa są perfekcyjnie związane z poszczególnymi fragmentami twórczości Wagnera i w sposób płynny przechodzą w kolejne "akty". Tu oczywiście warto wychwalić nieżyjącego już Mela Blanca, który dawniej podkładał głosy pod wszystkie (z pojedynczymi wyjątkami) postacie z uniwersum Merrie Melodies. Zawsze uważałem multigłosowość za niesamowity talent, a jak jeszcze ktoś potrafi tymi głosami zaśpiewać... oczywiście nie mamy do czynienia z perfekcyjnie, operowo wyśpiewanymi kwestiami, ale skoro z zamierzenia miała być to parodia, to niekiedy sfałszowane nuty jedynie dodają uroku.

Scenerie i tła z pozoru wydają się być mało rozbudowane i przesadnie kreskówkowe, ale to cechy charakterystyczne w animacjach Chuck Jonesa. Wrażenie znika dosłownie po paru chwilach, gdy obserwujemy, jak z minuty na minutę zmienia się charakter opery - krzyżują się mitologie nordyckie, symbole teatralne, motyw miłosny z jednoczesnym zachowaniem standardowego pościgu Elmera za Bugsem. Perfekcja w aranżacji wszystkich elementów - zarówno wizualnych, jak i dźwiękowych - nie może podlegać nawet głębszej dyskusji. Odpowiednio nałożone na siebie plansze oraz gra cieni wyjmuje te postacie z dwuwymiaru i nadaje ich uniwersum znacznej głębi.

Włożenie kilkukrotnie większej sumy w projekt i poświęcenie mu odpowiedniej dozy czasu zaowocowało przemyślanym i wielowarstwowym projektem, który wyznaczył pewne trendy w dziedzinie animacji i który po dziś dzień inspiruje i zachwyca rzesze ludzi. Co jest o tyle ciekawe, że, i parodię, i animację uważa się za dziedziny drugorzędnej sztuki. Dwa minusty tworzą plusy?

Ocena: Tak

sobota, 8 sierpnia 2009

I jeszcze jeden

Jeszcze blog na ksiazki, gry komputerowe i herbaty

No mimo wszystko przydalby mi sie oddzielny blog na animacje, gdyz bo albowiem jest to dla mnie temat-rzeczka.